Wspomnienia

Dwukrotna przeprowadzka do Tczewa

Do Tczewa babcia pojechała po raz pierwszy w wieku 15 lat, w lutym 1938 roku. Miała przyjechać do cioci Heleny mieszkającej przy ul. Skarszewskiej (dzisiejsza ul. Wojska Polskiego), ta jednak zapomniała wyjść po nią na dworzec. Babci jednak udało się dojść do domu cioci na własną rękę, dzięki wskazówkom ojca. Przyjechała do ciotki, by pomóc jej zajmować się dziećmi. W Tczewie została aż do listopada.

Podczas pobytu w naszym mieście ciocia nauczyła ją, jak należy się zachowywać w mieście (babcia pochodziła ze wsi w Borach Tucholskich), czyli chodzić wyprostowanym i zawsze po prawej stronie chodnika, by nie zderzać się z innymi, a w niedzielę ubierać kapelusik do kościoła itp.

 

Kiedy wybuchła wojna babcia mieszkała z rodziną we wsi Łąski Piec w Borach Tucholskich. 1 września szła z rodziną do kościoła w Śliwicach, oddalonych o ok. 8 km, na poranną mszę o godzinie 6.30. Podczas nabożeństwa wierni usłyszeli jak nad kościołem przeleciał samolot i go ostrzelał. Nikt jeszcze wtedy nie wiedział, że zaczęła się wojna. Później na wieś spadły kolejne bomby, które cudem ominęły kościół. Zniszczona natomiast została stojąca w pobliżu figurka Jezusa. Po wyjściu z kościoła babcia wraz z rodziną ujrzała wozy z uciekającymi ludźmi, którzy oznajmili, że Niemcy napadli na Polskę i rozpoczęła się wojna. Popołudniu Niemcy dalej ostrzeliwali z samolotu okoliczne wioski.

 

Jakiś czas później zaczęły się aresztowania mieszkańców – nauczycieli, księży, robotników - których wywożono do Tucholi, gdzie ich mordowano. Babcia podczas wojny zajmowała się dziećmi kobiety, której mąż był polskim żołnierzem. Pewnego dnia wrócił ze służby, by zobaczyć się z rodziną. Był jednak obserwowany przez Niemców, którzy porwali go, a następnie zamordowali. Taki sam los spotkał ojca babci, który został aresztowany 6 listopada 1939 roku wraz z innymi mieszkańcami i rozstrzelany kilka dni później. Później okazało się, że więźniowie ci, zanim ich rozstrzelano, zajmowali się rozbieraniem fundamentów kościoła, którego budowę rozpoczęto przed wojną. Kobieta, u której pracowała babcia, codziennie odwiedzała tam męża. 10 listopada również pojechała, ale nikogo już nie zastała. Nikt nie udzielił jej wyjaśnień. Uratował się tylko pewien młody nauczyciel ze Śliwic, któremu udało się uciec do lasu. Nikt nie wiedział, gdzie znajdują się zwłoki. Ludzie bali się o to pytać. Dopiero po wojnie wyszło na jaw, gdzie ta zbrodnia miała miejsce. Mama babci zresztą nie chciała już o tym rozmawiać. Okazało się, że głównym sprawcą morderstwa był Niemiec, który mieszkał w tej wsi przed wojną, a potem wstąpił do niemieckiego wojska. Potem babcia wraz z wdową po żołnierzu przeniosła się do Lubocin, do jej teściowej, pomóc prowadzić sklep i zajmować się dziećmi. Działalność ta była na początku prowadzona po cichu, od podwórka, gdyż tylko Niemcy mogli wówczas prowadzić działalność gospodarczą, a na każdym sklepie musiał wisieć szyld z nazwiskiem. Jakiś czas później namówiono pewnego Niemca, aby figurował jako właściciel sklepu. Człowiek ten zgodził się, bo był to dość spokojny i ugodowy. Na wiosnę umarło najmłodsze dziecko wdowy i babcia odeszła, gdyż nie była już potrzebna.

 

Jako że babcia była Polką, była człowiekiem 4-tej kategorii i nie przysługiwały jej tak jak innym Polakom pewne prawa-nie mieli dowodu osobistego, nie mogli kupować mięsa, chodzić do szkoły czy jeździć koleją (chyba, że mieli zaświadczenie, że to podróż do rodziny z ważnego powodu).

 

Pewnego dnia, wracając pociągiem od brata przez Tucholę, babcia nie rozumiejąc komunikatu z dworcowego megafonu, wsiadła w specjalny pociąg przeznaczony dla młodych SS-manów. Pomimo przerażenia na widok ich mundurów, wspomina tę podróż całkiem miło, twierdzi, że byli to uprzejmi i grzeczni młodzi ludzie.

 

W 1945 roku babcia przyjechała do Tczewa w odwiedziny do cioci, aby zobaczyć jak jej się żyje po wojnie. Podczas tej wizyty stwierdziła, że chce zamieszkać tutaj na stałe. Zaczęła się rozglądać za mieszkaniem, które znalazła w domu przy ul. Nowej. Mieszkanie było akurat wolne. Wcześniejsi mieszkańcy wyjechali za Wisłę. Babcia wróciła na wieś po swoją rodzinę, która również przeniosła się do Tczewa. Po wojnie miasto był dość zniszczone. Babcia zapamiętała zwłaszcza spalony młyn na rogu ul. Sambora, ale większych szkód w obrębie Starówki nie było.

 

Ilona K.

fb2