Wspomnienia

Wspomnienia Bernharda Theodora Dietricha z katastrofy z roku 1924

W 1921 roku, po ukończeniu studiów, wróciłem do ojczystego miasta Tczewa i zająłem się ponownie malarstwem. Mając z wcześniejszych lat bogaty zbór obrazów przedstawiających miasto, tym razem poszukiwałem jedynie niezwykłych i specyficznych motywów. W poszukiwaniu takich właśnie motywów, z wielkim zapałem i nie szczędząc sobie trudu, zabrałem się do pracy. Czas naglił. Wiedziałem, że pewnego dnia będę musiał opuścić ojczyznę, gdyż w nowo powstałym państwie polskim nie było łatwo Niemcowi znaleźć pracę, a tym bardziej artyście.

Tak więc wspiąłem się między innymi na wieżę ciśnień, żeby namalować większe obrazy z panoramą miasta i mostami na Wiśle. Obrazy te zaginęły później podczas mojej deportacji. W poszukiwaniu motywów pomogła mi w 1924 roku siła natury, w postaci powodzi, którą wielu mieszkańcom Tczewa do dzisiaj z pewnością ma w pamięci. Oglądając napierającą wodę, ogarnęło mnie, może bardziej niż innych ludzi, pełne zgrozy uczucie, co zdaje się być oczywiste, gdy dodam, że moja prababka zginęła podczas przerwania tamy przy Cyplu Mątowskim podczas ówczesnej powodzi. Tak więc jesteśmy my, Dietrichowie, starymi zachodnimi Prusakami i dziećmi Wisły, którzy kochają swoją rzekę, a obraz ojczyzny, który noszę w sercu, byłby bez niej niemożliwy.

 

Malowanie obrazów przedstawiających katastrofę pociągało mnie, dopóki ulica Zamkowa była jeszcze pod wodą. Udałem się tam z blokiem rysunkowym, chcąc utrwalić powódź na obrazie. Siedząc na swoim krześle malarskim, zacząłem uwieczniać na papierze tą niezwykłą chwilę. Musiałem pracować szybko, patrzeć i szkicować w pośpiechu, gdyż woda przybierała z minuty na minutę.

 

Z gospodarstwa Wilke, drzewo tam składowane i teraz uwolnione przez nurt wody odpływało z prądem. Dla odważnych, młodych chłopców z Tczewa pływanie na tychże belkach i deskach, nie bacząc na niebezpieczeństwo na jakie się narażają, stanowiło nie lada przygodę. Pochłonięty malowaniem nie zważałem na to, co dzieje się dookoła. Niepostrzeżenie otoczony zostałem przez gromadę tczewskich dzieciaków, które dopiero co „ochrzczone” zostały przez wiślaną wodę. Dzieciaki przypatrywały się mojej pracy bez oznak zmęczenia, robiły przy tym śmieszne i uszczypliwe uwagi, co mi w żadnym wypadku nie przeszkadzało, a raczej pomogło zapomnieć o budzącej grozę sytuacji. Przypomniałem sobie o słuszności słów w utworze Schillera „Pieśń o dzwonie”- „Robota tym skwapliwiej bieży, gdy ją wspomaga dobra mowa”. Jednak wypowiedzi tczewskich chłopców nie miały tak literackiej formy. „Józef, nie trajkocz tak głośno, że też ty tak zawsze musisz chlapać jęzorem – zawołał ktoś do awanturującego się chłopaka. Mały, czupurny brzdąc zapytał figlarnie, ale poważnie: „Wujku, czy Ty też potrafisz pływać?”. Inny, trochę większy zuchwalec, który właśnie przyszedł, powiedział szyderczo: „Panie malarzu, niech pan uważa, bo za chwilę odpłynie pan razem ze wszystkimi swoimi rzeczami, buty ma pan już pełne wody!” Faktycznie, chłopak miał rację. Malując z zapałem, nie zauważyłem, że woda sięgała mi już do kostek. Wstałem, otrząsnąłem się, przesunąłem krzesło, podniosłem na zmianę raz jedną, raz drugą nogę z wody. Zbierając swoje przybory do szkicowania uwijałem się przy tym tak niezręcznie, że pośliznąłem się i jak dług iwylądowałem w wodzie. Upadek wywołał u otaczających mnie chłopców śmiech, ale też współczucie i chęć niesienia pomocy wyrażoną poprzez wyciągnięcie do mnie pomocnej dłoni nie bacząc na otaczającą mnie wodę. Trochę czasu upłynęło, zanim zebrałem swoje akcesoria. Z ulicy Sambora przypłynęła mała łódka, prawdopodobnie, żeby mnie ratować, a drewno z gospodarstwa Wilke pływało sobie w tym czasie w tą i z powrotem. Ulica Zamkowa wyglądała jak hamburski port. Jeszcze kilka kresek w przemoczonym ubraniu i po dwugodzinnej pracy mój szkic został ukończony. Wysiłek opłacił się.

 

Przy drugim motywie, widzianym z przyczółka mostu, moim oczom ukazał się imponujący obraz. Tczew pod wodą. To było niesamowite, niepowtarzalne przeżycie, którego nigdy nie zapomnę. Obydwa obrazy zostały zakupione dla miasta przez polskiego burmistrza i wisiały jeszcze za czasów niemieckich w ratuszu miejskim obok kościoła Św. Grzegorza. Mój kochany Tczew nad brzegiem Wisły. Kochane stare miasto ojczyste, jakże często jestem myślami i utęsknionym sercem przy Tobie, jak bardzo chciałbym jeszcze raz stanąć w twoich murach.

 

(tłumaczyła Anna Pustkowska)

 

fb2