Wspomnienia

Nietypowe zajęcie w sopockim kasynie zamiast wakacji w Tczewie - Bernharda Theodora Dietricha

Było to latem 1920 roku, nasza kochana ojczyzna od kilku miesięcy należała do Polski. „Jeśli chce Pan pojechać do Tczewa, to musi Pan mieć paszport” – wytłumaczył mi urzędnik w Hamburgu. „Tego przecież nie można ode mnie wymagać” – odpowiedziałem. „Urodziłem się przecież w Tczewie i chcę spędzić wakacje u rodziców. Jestem biednym studentem Akademii Sztuk Pięknych i nie mam pieniędzy na paszport”. „Myśli Pan, że Polacy zrobią dla Pana wyjątek?” – odpowiedział krótko. 

 „Skąd wzięli się tam Polacy?” – zastanawiałem się, Tczew był przecież zawsze niemieckim miastem. Ale jak mus, to mus. Załatwiłem wiec paszport, gospodyni dała mi trochę prowiantu i wyruszyłem w podróż. Już widzę na peronie mój pociąg jadący przez Berlin-Szczecin-Gdańsk-Tczew-Malbork i myślami jestem w Ojczyźnie. Szybko mija wieczór, a potem noc na rozmowie z innymi pasażerami. Następnego dnia rano pociąg wjeżdża na Tczewski dworzec. Dziwnie się czuję, kiedy na tablicy czytam napisaną wielkimi literami nazwę miejscowości „Tczew” zamiast znanego mi słowa „Dirschau”. Kiedy podekscytowany wysiadam szybko z pociągu, na moje nieszczęście otwiera się moja stara, wyświechtana walizka, która pamięta jeszcze przedwojenne czasy i wszystkie przybory podróżne, również te do malowania, leżą na peronie. Elegancka kobieta, która się strasznie spieszy, potyka się o moje rzeczy i upada na ziemię. Podnosi się i czyszcząc swój płaszcz krzyczy do mnie rozgniewana, coś o bezczelności, niezdarności, złożeniu doniesienia i odszkodowaniu za poniesioną szkodę. Podczas gdy bełkoczę kilka słów przeprosin i zbieram moje manatki z peronu, na miejscu zjawia się policja kolejowa, którą najwidoczniej zawołała owa dama. Od razu zabierają mnie do kontroli i oczywiście jestem podejrzanym o popełnienie przestępstwa. Przeprowadzona zostaje kontrola osobista, przeszukany jest szczegółowo każdy przedmiot, począwszy od pędzla do malowania po brudne skarpetki. Czy przypuszczano, że w mojej sztaludze znajduje się ładunek wybuchowy, czy wzięto czerwoną farbę w moim fartuchu za podejrzaną plamę krwi, tego nie wiem. W każdym razie wynikiem przeszukania i dokładnego przestudiowania mojego paszportu było: „Musi Pan natychmiast zawrócić. Nie może Pan wjechać do Tczewa. Poza tym nie ma Pan wizy”.

 

 

 

Z bólem w sercu wracam do Gdańska i zatrzymuję się na kilka dni u znajomych z nadzieją, że mój los się wkrótce odmieni. Jednakże wszystkie moje starania, by wrócić do Tczewa, okazały się bezskuteczne. Ostatecznie udaję się do Sopotu, by zarobić pieniądze na malowaniu obrazów. Morze, plaża i molo to wdzięczne motywy dla malarza. Szkicowałem i malowałem wiec z zapałem. Dni mijały, a ja nie zarobiłem ani grosza. W końcu nadarzyła się okazja, by narysować bogatego, znającego się na sztuce i przyglądającego mi się mężczyznę, któremu opowiedziałem o moim losie. Mój pierwszy wakacyjny zarobek! Jakże byłem zadowolony i szczęśliwy. Uprzejmy mężczyzna zaproponował mi, żebym zajrzał któregoś dnia do kasyna, gdyż przychodzą tam ludzie, których stać na kupienie dobrego obrazu. Zaoferował się również wpisać mnie na listę gości i poręczyć za mnie.

 

Nie miałem nic przeciwko temu. Kasyno zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Ta elegancja, piękne kobiety, interesujący mężczyźni z grubymi portfelami, w większości obcokrajowcy, mieszanina języków, imponujące schody na zewnątrz, które prowadzą do sal gier, kosztowne, grube dywany tłumiące każdy krok, do tego duże olejne obrazy z gdańskimi motywami – to wszystko nadawało tym pomieszczeniom odświętnej atmosfery, która również mnie urzekła i zapraszała do zabawy. By móc się utrzymać, próbowałem utrwalić na obrazach tych ogarniętych pasją gry i nerwowością ludzi. Pracowałem do późnych godzin nocnych w swojej skromnej, wynajętej za małą opłatą izbie na poddaszu. Niestety moje prace sprzedawały się bardzo słabo. Ludzie w kasynie nie mieli zmysłu artystycznego ani zrozumienia dla sztuki, a przede wszystkim czasu.

 

Wkrótce jednak pojawiła się inna okazja, żeby zarobić pieniądze. Pewna bogata Rosjanka, stała bywalczyni kasyna, grająca pewnym systemem i gromadząca przed sobą majątek w postaci żetonów, poprosiła mnie, żebym zajął jej miejsce do czasu jej powrotu. Dostałem za to kilka żetonów. To był początek lukratywnego biznesu. Wkrótce wyświadczałem przysługę również innym gościom kasyna, przytrzymując im miejsce w zamian za stosowną rekompensatę. Przesyłałem również telegramy w imieniu coraz liczniejszego grona swoich zagranicznych klientów. Dziennie zarabiałem 25-30 Guldenów. Jako młody student Akademii Sztuk Pięknych nie zarobiłbym tak dużej sumy intensywnie malując. Gdyby moje zamiłowanie do sztuki mnie nie powstrzymywało, to gotów byłbym porzucić malarstwo i szukać utrzymania w kasynie. Dzięki dobrym zarobkom mogłem pomóc w kłopotach dwóm miłym rodakom z Tczewa, którzy pewnego wieczoru w podchmielonym stanie błąkali się po kasynie przegrywając ostatni grosz. Jeden z nich był zamożnym właścicielem ciastkarni, drugi uczciwym rzemieślnikiem. Obaj oni stali wczesnym rankiem na dworcu kolejowym w Sopocie i czekali na znajomych, którzy mieli im pożyczyć pieniądze na podróż do Tczewa. A to ja stałem się ich wybawieniem. Obiecali mi pomoc w uzyskaniu pozwolenia na wjazd do Tczewa.

 

Interesująca sytuacja przydarzyła mi się, kiedy trudniłem się jeszcze przytrzymywaniem graczom miejsc w kasynie. Pewnego razu siedziałem w kawiarni w kasyna i zastanawiałem się nad moją obecną sytuacją życiową i nad moim dalszym losem. Musiałem robić przygnębiające wrażenie, gdyż nagle jakaś francuska dama wyrwała mnie z zamyślenia zwracając się do mnie słowami: „Przepraszam, mój panie nie martwić się, ja również stracić dużo pieniędzy, tylko bez nerwów. Kelner, podać młodemu paniczowi kawę i ciasto, ja płacić za wszystko. „Zanim cokolwiek odpowiedziałem, kelner podał już do stolika mówiąc, że owa Dama nie może patrzeć na smutne twarze i myśli, że ja również przegrałem pieniądze w kasynie.

 

Podobną sytuację przeżyłem w restauracji. Natrafiłem tutaj na kelnera, którego znałem z Tczewa, gdzie kiedyś obsługiwał gości w poczekalni pierwszej klasy. Ucieszony z ponownego spotkania zapytał, czy już coś jadłem. Kiedy zaprzeczyłem, wskazał mi miejsce zachęcając „Niech Pan zamówi co chce, ten Szwed naprzeciwko wygrał 800 guldenów i płaci za wszystko.” Dopomógł mi również przy zleceniu, dzięki któremu zarobiłem 100 guldenów. Miałem sporządzić artystyczny dyplom na jubileusz 25-lecia koncertu skrzypcowego, na który również zostałem zaproszony. W lombardzie wypożyczyłem smoking i spędziłem wspaniały artystyczny wieczór z ludźmi, których do tej pory nie znałem i którzy częściowo podejrzanie i niepewnie wyglądali.

 

W ostatnim dniu mojej włóczęgi po Sopocie, po długiej nocy, koło godziny dziesiątej zostałem nagle głośnym pukaniem wyciągnięty z łóżka. Strasznie się przestraszyłem widząc funkcjonariuszka policji kryminalnej, nic przecież nie zrobiłem. Władczym tonem, nie uznającym sprzeciwu zażądał, abym się ubrał, zapłacił za pokój, spakował walizkę i z nim poszedł. Płacę posłusznie za pokój, pakuję rzeczy i idę z funkcjonariuszem nie przeczuwając niczego dobrego. Nie zostałem jednak doprowadzony na komendę policji, a do kawiarni, w której zajęliśmy miejsce w oddalonym, zacisznym miejscu, gdzie nikt nas nie widział. „Tak więc Panie Dietrich”- zaczął funkcjonariusz siedzący naprzeciwko mnie - „Po pierwsze proszę oddać mi kartę do kasyna. Więcej Pan tam nie pójdzie. Jeśli nawet nie można panu udowodnić żadnych karalnych interesów, to jest Pan tam niemile widziany i będzie przez nas obserwowany. Po drugie, sytuacja z walizką na dworcu w Tczewie została wyjaśniona. Został Pan niesłusznie podejrzany. Pomylono Pana z groźnym zamachowcem od materiałów wybuchowych o podobnym imieniu i wyglądzie. Nic więc nie stoi na przeszkodzie, by mógł pan wjechać do Tczewa. Po trzecie Pańska matka bardzo się martwi. Przekazała do naszego komisariatu 25 Guldenów, prosząc nas, abyśmy wyciągnęli Pana z kasyna i załatwili Panu wizę do Tczewa. Krótko mówiąc, jedziemy teraz do konsulatu w Gdańska, a potem zaprowadzę Pana na pociąg do Tczewa. Zgoda?”

 

Zatkało mnie. Cicho odpowiedziałem „tak jest” i po tym jak otrzymałem wizę, pojechałem do Tczewa. Bez przeszkód przekroczyłem dworzec i przeszedłem kontrolę paszportową. A wiec to jest Tczew! Jak w krótkim czasie zmienił się widok ulic. Wszędzie polskie napisy, wszędzie polskie nazwy ulic. Wszystko to jednak były tylko zmiany zewnętrzne, ludzie natomiast w większości pozostali tacy sami jak dawniej. Po chwili spotkałem starych znajomych i dobrych przyjaciół, najpierw hydraulika Alexa, przyjaciela mojego ojca, potem pana Morgenroth, miłego pana Zuch i wielu, wielu innych. Ale kiedy stanąłem przed domem rodzinnym i przeczytałem polski napis „Franciszek Dietrich, mistrz dekarski”, w oczach pojawiły się łzy. Moja mama przytuliła mnie będąc przeszczęśliwą, że ma znowu przy sobie syna, z którego była taka dumna, chociażby na klika dni. Moment pożegnania był dla mnie bardzo trudny. Matka upomniała mnie, abym po ukończeniu studiów nie zapomniał wrócić do ojczyzny, bo chleb w ojczyźnie smakuje lepiej niż ciasto na obczyźnie. Nie zobaczyłem jej więcej żywej, namalować mogłem ją już tylko na łożu śmierci. Jednak jej, upominające mnie, słowa o dotrzymaniu wierności ojczyźnie zachowałem w moim sercu. Moja ojczyzna jest wpisana w moją duszę i pozostanie tam aż do końca moich dni.

fb2