Wspomnienia

Wspomnienia Kpt. Gerda Herbiga, walczącego w armii niemieckiej o Tczew 12 marca 1945 r.

Kapitan Gerd Herbig w 1945 roku był dowódcą batalionu szkolnego podchorążych Luftwaffe. W styczniu wraz za swoją jednostką został odkomenderowany jako oddział pieszy z Rumi do Malborka, gdzie walczył w obronie twierdzy do 22 lutego. Następnie otrzymał rozkaz przystąpienia do akcji bojowej w Gniewie. To z rozkazu Herbiga został wysadzony wiadukt nad torami kolejowymi koło strzelnicy.

"Z Malborka batalion maszeruje szosą Malbork - Tczew na zachód. Nasza grupa bojowa otrzymuje zadanie osiągnąć Gniew i przez natychmiastową akcją przeszkodzić nieprzyjacielowi na przenikanie na północ. Zbliżamy się do mostu knybawskiego. Zachodni brzeg rzeki jest wysoki i stromy, a wschodni - płaski i chroniony wałem przeciwpowodziowym. Docieramy do Tczewa. Betonowy most spina brzegi wąwozu. Mój most. Do wysadzenia go jest jeszcze czas. Porucznik Sch. starszy pan z piechoty, który został przydzielony do mojego sztabu, oczekuje mnie i pokazuje stanowiska, które mamy zająć. Okopy są dobrze zbudowane. Szosy i tory kolei znajdują się w samym środku naszego odcinka. Kawałek dalej za naszymi stanowiskami znajduje się po prawej stronie torów jakiś park, w środku którego stoi pod wysokimi drzewami długi dwukondygnacyjny budynek. Jest to strzelnica, gdzie zakładam swoje stanowisko dowodzenia. Ze strzelnicy musieli się wynieść żołnierze pochodzący z Tczewa, dowodzeni przez por H., tczewianina i nauczyciela.

O północy udaję się na most drogowy, znajduję tam moją grupę saperów. Niezwłocznie ładunek wybuchowy, składający z najcięższej amunicji, zostaje odpalony. Dwie części rozerwanej jezdni spadają w głębię i zasypują tory kolejowe blokami betonu i gruzem. Noc i następne przedpołudnie przebiegają bez incydentów. W godzinach popołudniowych zostałem poinformowany przez majora Pf., że w kierunku Bałdowa można się liczyć z nieprzyjacielskim atakiem. Natychmiast wysyłam tam oddział zabezpieczający. Kpt. Trenkel i ja znajdujemy się na skrzyżowaniu ulicy Bałdowskiej. Czekamy na wydarzenia. Atak nie nastąpił. Wróciliśmy na swoje stanowiska. Wieczorem nadszedł rozkaz do wycofania. Tczew ma być oddany. Nowe stanowiska mają przebiegać 3 km na północ od miasta. Gdzieś na skraju miasta odnajdujemy naszą pierwszą i trzecią kompanię, które na nas czekały. Razem w rozciągniętym szyku przebijamy się przez silny wiatr. Nagle z naprzeciwka nadjeżdża samochód osobowy z zasłoniętymi reflektorami, zatrzymuję się. Z samochodu wysiada jakiś oficer i przekazuje mi rozkaz Fuhrera: „Tczew ma być utrzymany. Rozkazuje batalionowi zatrzymać się.” Nie bardzo wierzę w prawdziwość rozkazu. Wsiadam do samochodu jadę z nimi do pobliskiego majątku Liebenhoff (Zajączkowo), gdzie znajduje się stanowisko dowodzenia pułku grenadierów również z naszej dywizji. Tam też znajduję opis rozkazu Fuhrera wydany po południu. Wydaje mi się on absurdalny. Tczew od kilku godzin jest wolny. Trzeba będzie na nowo, regularnie go zdobywać. Nie ma wyjścia. Rozkaz jest rozkazem.

Zbieram batalion i wracamy do Tczewa. Moi młodzi żołnierze są chętni do walki, starzy szemrają. Wśród nich są niektórzy należący do III grupy Volkslisty (to równa się trzeciej grupie niemieckiej listy narodowości). Zauważyłem także, że z pierwszej kompanii ubyło 30 ludzi. Ci będą podczas marszu przez Tczew zapewne się oddalać i ukrywać. Pójdą do domów zrzucą mundury. W ubraniach cywilnych będą wtedy Polakami. Zawsze nimi byli. Dzięki Bogu, że teraz w końcu zostaną wyzwoleni. Po kilku dniach będziemy widzieć jak na wieży ciśnień powiewa biało-czerwona flaga. W mieście panuje niesamowita cisza. Żaden cień nie snuje się po ulicach. Maszerujemy tą samą drogą co poprzednio. Zatrzymujemy się w strzelnicy. Wysyłam na zwiady, aby upewnić się czy nasze stanowiska nie są zajęte przez nieprzyjaciela. Zwiadowcy wracają, są wolne. Wolne są nawet pojedyncze zabudowania leżące przed okopami. O godzinie trzeciej nad ranem przystępujemy do wykonania rozkazu. Nasze siły wystarczają jedynie do obsadzenia 100 metrów obu stron drogi i torów, zatem od naszego lewego skrzydła aż do brzegu Wisły cała nasza południowa krawędź miasta zostaje otwarta. Nie możemy zapobiec temu, że nad ranem blisko brzegu Wisły sowiecka piechota zaczyna wdzierać się do miasta. Opanowała domy opuszczone przez nasze poprzednie posterunki. Regularny atak na nasze pozycje nie nastąpił, ale mamy straty w ludziach. Nieprzyjaciel zachodzi nas od tyłu. Dlatego podejmuję decyzję otoczenia mostu prowadzącego ze śródmieścia do strzelnicy. Lotnicy i kilku ss-manów zajmują pozycję w pobliskich domach i na okolicznym terenie. Około 50 metrów dzieli nas od żołnierzy sowieckich, którzy zagnieździli się z drugiej strony torów i na drugim końcu mostu, w położonych tam domach czynszowych. Otworzyliśmy ogień. Ja wraz z moim kolegą wiedeńczykiem przedarłem się przez ogrody i podwórza, dotarliśmy do domu, stojącego dokładnie na rogu ulicy przy moście. Weszliśmy na wyższe piętro, aby stamtąd mieć lepszy widok na okolicę. Widzę most, na którego końcu wyziera strasznie duża dziura w jezdni. Tylko wąskie pasmo trzyma obie części mostu razem. Dokładnie przed tą wyrwą na środku mostu, stoi wóz konny pomiędzy frontami. Przed dziurą stoją dwa konie zmęczone, z opuszczonymi łbami, skubią drewniany maszt telegraficzny, który leży w poprzek jezdni nad przepaścią.

Widzę potok sowieckich żołnierzy, którzy ciągle wdzierają się od strony Wisły do miasta. Powiadomiono nas, że na ulicy Gdańskiej utworzony przez sztab oddział szturmowy zajął stanowiska obronne, zabezpieczając drogę do dworca kolejowego. Po południu otrzymuję nakaz ewakuacji. Kompanie miały ponownie zebrać się w strzelnicy. Akurat kiedy zaczęliśmy się wycofywać, w parku ostrzeliwano nas. Na szczęście nic się nam nie stało. Gdy doszła do nas trzecia kompania, zaczęliśmy opuszczać miasto. Tczew był już ostatecznie utracony. Nieprzyjaciel nie utrudniał nam naszego odwrotu. Idziemy przez Suchostrzygi i Amlienhof dokładnie tą samą drogą, na której wczoraj zawracaliśmy. Dochodzimy do szosy wiodącej w stronę Gdańska. Po kilku kilometrach drogi docieramy do wsi Czatkowy. Tym samym znowu jesteśmy nad Wisła, która stanowi lewą granicę naszego odcinka obrony. 13 marca 1945 roku z głównej kwatery Fuhrera meldowano, że w rejonie Prus Zachodnich, sowieci uderzają w kierunku Wejherowa i Gdyni. W związku z tym oddziały niemieckie walczące na Wschodzie zostały odcięte od terytorium Rzeszy. Nasz odwrót zakończy się najdalej w Gdańsku i co wtedy?"

Ciąg dalszy tej relacji obejmuje opis walk od miejscowości Czatkowy do Pruszcza Gdańskiego. W ostatnich dniach walki kapitan Herbig został ciężko ranny i odwieziony do szpitala w Gdańsku, a stamtąd przewieziony statkiem do Danii. Kapitan Herbig stracił prawe oko, ale wojnę przeżył. Jego batalion poniósł ciężkie straty W czasie walk o Pruszcz Gdański w drugiej kompanii pozostało na stanowiskach bojowych zaledwie 27 żołnierzy, a w trzeciej 45.

Wspomnienia te zostały opracowano i przetłumaczone z języka niemieckiego przez pana Witolda Banackiego i ukazały się w Gazecie Tczewskiej 1 maja 1997 r.

fb2