Wspomnienia pana Henia eF ;)

Regulamin forum
1. Treści i załączniki umieszczane w postach mogą być użyte w działalności Dawnego Tczewa przy zachowaniu dbałości o dane wrażliwe.
Awatar użytkownika

Autor Tematu
Opiekun forumJadzia
Moderator
Moderator
Pisarz Miejski
Pisarz Miejski
Reakcje:
Posty: 4057
Rejestracja: 30 sty 2011, o 20:23
Podziękował : 178 razy
Otrzymał podziękowań: 178 razy
Płeć:
Kontakt:

Wspomnienia pana Henia eF ;)

#1

Post autor: Opiekun forumJadzia » 30 gru 2012, o 13:12

Jakiś czas temu byłam u pewnego pana (rocznik 1933) na pogaduchach o Tczewie, którego już nie ma. No i wreszcie zabrałam się do spisania tego, com zasłyszała. Poniższe zapiski mogą być lekko chaotyczne, ale sorry – starałam się jakoś to ogarnąć. :scratch Przyznam, że ciężko spisuje się takie wyznania. Przeskakiwanie z tematu w temat, urwane wątki i do tego luźna gadka, którą nie zawsze łatwo poprawnie spisać. Są to wspomnienia pana, którego znam ładnych parę lat. Z góry uprzedzam, że mogą być rozbieżności pomiędzy tym co mi opowiedział, a dotychczasowymi informacjami, które pojawiły się na forum. Jednak pan Henio starał się skrupulatnie przekazać wszystko co pamięta. Niestety nie przypominał sobie, np. synagogi tczewskiej. Wspomnienia będą „wzbogacone” o linki z forum do konkretnych tematów. Można sobie porównać, doczytać i takie tam… Może coś Was z tych wspomnień zainteresuje?
Zielku dzięki za dyktafon :zielu Be-good, dzięki z nazwiska :bober


PRZED WOJNĄ

Urodziłem się w „starej szkole” na ul. Czyżykowskiej. Dzisiaj jest tam złomowiec. Rodzice mówili mi, że za Napoleona był tam wojskowy szpital polowy, dopiero później mieściła się tam szkoła. Opowiadali też, że w tym budynku straszy :lol:
http://www.dawnytczew.pl/forum/viewtopi ... 4775#p4775" onclick="window.open(this.href);return false;

Zanim przeprowadziliśmy się na Wąską (1938 r.), mieszkaliśmy na Targowej – za Domem Dziecka. Były tam dwa budynki. Początkowo mieszkaliśmy na piętrze jednego z nich. Jednak kiedy spadłem ze schodów i w efekcie tego zacząłem się jąkać (miałem wtedy 3 lata), tata dostał mieszkanie na parterze w drugim budynku.
Na 30-go Stycznia, tam gdzie jest spalony dach, kawiarnię mieli Jurgowie.
Obrazek
Restauracja była także na górze ul. Sambora, naprzeciwko młyna – później została spalona. Prowadził do niej wjazd – półkole, ozdobiony klombem. Znajdował się tam także parking dla wozów.

Wysypisko śmieci było za piekarnią Wąsa, a dokładnie na Matejki. Był tam duży wąwóz, który później został zasypany, teren utwardzono i zaczęto budować domy. Dzisiejsza Kusocińskiego była niegdyś rowem.
http://www.dawnytczew.pl/forum/viewtopi ... 152#p18152" onclick="window.open(this.href);return false;

Szpital Św. Wincentego stał w poprzek parku. Na dole w piwnicy od ul. Sambora była kuchnia, do głównego wejścia prowadził wjazd z góry, a przed nim było małe rondo. Jedno skrzydło biegło w dół ul. Ściegiennego. Z tyłu budynku na piętrze był balkon, a na nim stały krzesełka i ławki. Wyprowadzano tam chorych, żeby mogli wygrzewać się w słońcu. Tego kto nie mógł chodzić, siostry brały pod pachy i same zanosiły. W czasie wojny mi także przydarzyło się spędzić tam czas.
Obrazek
http://www.dawnytczew.pl/forum/viewtopic.php?f=94&t=342" onclick="window.open(this.href);return false;

W miejscu, gdzie teraz stoi armata (na Łaziennej) były zabudowania rzeźnika – Flittner, który skupował zwierzęta w wiadomym celu. On sam mieszkał w domu, na którego miejscu dzisiaj stoją tylko rusztowania (ul. Dąbrowskiego). Od strony ul. Łaziennej stały jego baraki, chlewnie i stajnie.
1.jpg
Zbiory MBP
1.jpg (548.5 KiB) Przejrzano 394 razy
1.jpg
Zbiory MBP
1.jpg (548.5 KiB) Przejrzano 394 razy
Na Czyżykowie była cegielnia, której właścicielką była kobieta o nazwisku Preuss. Cegielnia mieściła się tam, gdzie teraz jest szkoła (gimnazjum nr 1). Po wojnie widoczne jeszcze były jej fragmenty i wiaty, w których suszono cegły. Budynki zostały rozebrane przez mieszkańców Polnej – materiał na opał. Reszta została zburzona przy budowie szkoły. Sam majątek znajdował się na ul. Polnej, blisko Orkana. Kiedy przystąpiono do budowy osiedla, majątek jeszcze istniał.
http://www.dawnytczew.pl/forum/viewtopic.php?f=28&t=285" onclick="window.open(this.href);return false;

Jeszcze przed wojną tworzone były listy Polaków, którzy byli „wrogim elementem” dla Niemców. Ci ludzie później byli rozstrzelani w koszarach i na „Świńskim Rynku”. O tym, że te listy istnieją nasze władze wiedziały doskonale. W domu, w którym mieszkaliśmy (na Wąskiej) mieszkał szpieg. Niemcy, którzy spiskowali przeciwko Polakom mieli zrzeszenie, które mieściło się w dzisiejszym Domu Dziecka na ul. Wojska Polskiego (kiedyś właścicielem był Niemiec Arendt).
2.jpg
Akta Nadzoru Budowlanego
2.jpg (24.9 KiB) Przejrzano 394 razy
2.jpg
Akta Nadzoru Budowlanego
2.jpg (24.9 KiB) Przejrzano 394 razy

Awatar użytkownika

Autor Tematu
Opiekun forumJadzia
Moderator
Moderator
Pisarz Miejski
Pisarz Miejski
Reakcje:
Posty: 4057
Rejestracja: 30 sty 2011, o 20:23
Podziękował : 178 razy
Otrzymał podziękowań: 178 razy
Płeć:
Kontakt:

Re: Wspomnienia pana Henia eF ;)

#2

Post autor: Opiekun forumJadzia » 30 gru 2012, o 13:27

WRZESIEŃ 1939

Niemcy zbombardowali dworzec, a także narożny dom na Wyszyńskiego (dzisiejszy optyk). Jak tylko okupant wszedł do miasta musieliśmy opuścić nasze domy. Wówczas mieszkaliśmy na Wąskiej w domu, którego właścicielem był Kwiatkowski.
3.jpg
Książka Adresowa 1924 r.
3.jpg (36.19 KiB) Przejrzano 387 razy
3.jpg
Książka Adresowa 1924 r.
3.jpg (36.19 KiB) Przejrzano 387 razy
Uciekaliśmy aż pod Świecie. Szliśmy pieszo, bo nie mieliśmy ani konia, ani wozu. Inni uciekali na czym tylko mogli: wózki, taczki, furmanki – cokolwiek. Dla nas matka miała już przygotowane torby – uszyła specjalne worki na plecy i co ważniejsze spakowała do nich. Kiedy wróciliśmy do Tczewa (jeszcze w 1939 r.) mnóstwo domów było okradzionych. Smutne, bo szabrowali Polacy, ci którzy jeszcze zostali w mieście. Dopiero jak na dobre Niemcy weszli, wówczas kradzieże nie miały prawa bytu.
W tym czasie zmienił się właściciel naszego domu. Został nim Prill (nazywaliśmy go „Priluś”). Kwiatkowskiego wyrzucili z domu, a jego mieszkanie opróżnili – wszystko przez okno leciało.
4.jpg
Akta Nadzoru Budowlanego
4.jpg (16.32 KiB) Przejrzano 387 razy
4.jpg
Akta Nadzoru Budowlanego
4.jpg (16.32 KiB) Przejrzano 387 razy
Do czasu aż ojciec wrócił siedzieliśmy na tobołach. Nie wiedzieliśmy czy nas wyrzucą, czy możemy zostać. Dopiero kiedy dyrektor taty powiedział, że nas nikt nie ruszy, wtedy spaliśmy spokojnie.

OKUPACJA

Większość okupacji mieszkaliśmy przy Wąskiej 8 tam, gdzie kiedyś były takie charakterystyczne „balkony”. Nowi właściciele domu (Prill) zajmowali mieszkanie na parterze od ulicy. My mieszkaliśmy na piętrze domku, który stał w podwórzu. Prowadziło do niego wąskie przejście. Na jego dole była pralnia, a obok niej były pokój i kuchnia – tam mieszkała starsza córka „Prilusia” (miała ponad 20 lat). Związała się z SS-manem i wyszła za niego za mąż. To był dobry chłopak, a nam - dzieciakom – cukierki rozdawał. Nie wiem jaki miał stopień, ale na podwórku nie interesował się czy jesteśmy Niemcami, czy Polakami. Młodsza córka Prilla, Elizabeth, miała 16 lat jak zginęła w bombardowaniach Tczewa. Eliza była kelnerką w restauracji „Nadwiślańska” – obok kina. Prillowie słyszeli, że rozmawiamy po polsku, jednak nie zwracali na to uwagi – nie donieśli nigdzie.
Obrazek

Dla Prillów często chodziliśmy po kwiaty do Lisewa. U nas nie można było dostać, więc matka nas wysyłała za Wisłę. Prillowa miała swój ogród, ale kwiatów w nim nie sadziła.
Kartki na żywność dostaliśmy dopiero chyba w 1941 r. Dotychczas mieliśmy tylko skromne przydziały: trochę czarnego chleba itp. Później zdarzały się ziemniaki, czy marmolada.
W piwnicy naszego domu mieszkał „Żydek” – nie wiem, czy był Żydem, ale tak na niego mówiliśmy. „Żydek” pędził bimber, więc tacie zdarzało się do niego w odwiedziny chodzić. 8-) My zaczęliśmy naukę u sąsiada z piwnicy, kiedy ojciec był w wojskowej straży pożarnej w Szczecinie (1943 r.). Chodziliśmy z nim na dworzec po wytłoki z cukrowni, które przywożone były całymi wagonami. My braliśmy je na bimber, a inni gospodarze na paszę.
5 wp.jpeg
Foto poglądowe, wp.pl
5 wp.jpeg (89.03 KiB) Przejrzano 387 razy
5 wp.jpeg
Foto poglądowe, wp.pl
5 wp.jpeg (89.03 KiB) Przejrzano 387 razy
Na Rybackiej była kawiarnia tam, gdzie za komuny było „Zacisze”. Pamiętam, jak chodziliśmy tam z kanką po piwo dla ojca.
Obrazek

Na co dzień musieliśmy uważać na szupo, który przechadzał się ulicami. Jakby cię złapał, że nie mówisz po niemiecku „to byś tak dostał w pysk, że byś tylko kozła wyfiknął”. Jak tylko go widzieliśmy (Projski, Kwelle i ja), to się chowaliśmy, bo zazwyczaj po uchu dostaliśmy. Nieraz dostaliśmy za nic. On wiedział kogo może bezkarnie uderzyć. Nigdy nie tknął Niemców, a ci mieszkali pod 8, 5 lub 6 w podwórzu i w tym drugim domu (ul. Wąska). Ten szupo (nazwiska nie pamiętam) zawsze chodził w skórzanych rękawicach i miał bat/pejcz, którym wymachiwał na wszystkie strony. Czasami chodziły zwykłe patrole we dwójkę, ale wtedy z karabinami. Częstotliwość tych ulicznych kontroli była różna – jeden tydzień chodził ktoś każdego dnia, a innego tygodnia nikogo nie było widać. Samych rozstrzeliwań i braku powrotu do domu tak bardzo już się nie baliśmy, bo kto miał zginąć, ten zginął na początku wojny…

Niewolnicy (Anglicy i Francuzi) pracowali w Arkonie. Mieszkali w drewnianych barakach na Paderewskiego – tam, gdzie była baza ZKM. Na pewno byli między nimi Francuzi. Pamiętam ich, bo chodziliśmy tam i ich podglądaliśmy. Francuzi nas, wówczas dzieciaków, śmieszyli. Chodzili w takich drewnianych „korach” z zadartymi czubami i mówili śmiesznym językiem co nas ciekawiło, bo było takie „inne”. Do tego nosili na głowach dziwne czapki, jakby rogatywki – duże, wysokie. Ci francuscy niewolnicy w 1945 r. kopali masowe groby.
http://www.dawnytczew.pl/forum/viewtopi ... 403#p18403" onclick="window.open(this.href);return false;

Gestapo mieściło się na Kościuszki, w piwnicy przedszkola oraz na rogu Bałdowskiej i Kasprowicza (Policja Kryminalna?). Na Lecha była Policja Miejska – szupo.

Moi koledzy i ja, w czasie okupacji często towarzyszyliśmy „kopaczowi” z cmentarza. Nazywaliśmy go Franek. Mieszkał cały okres wojny i po niej w domku gospodarczym na ul. Polnej. Franek pracował nie tylko na cmentarzu, ale porządkował także kościół. W zamian za pomoc przy pracach porządkowych, „kopacz” pozwalał nam zaglądać w różne miejsca, do których inną drogą nie mieliśmy dostępu. Kiedyś na przykład, pokazał nam w kościele „szkolnym” (pod ołtarzem) tajemnicze zejście, jakby do lochów. Franek mówił, że tu znajdują się tunele, które prowadzą pod Wisłą aż do zamku. Ja jednak uważam, że mogły to być przejścia do budynków klasztornych (do dzisiejszej Szkoły Muzycznej). Nie odkryliśmy tej tajemnicy, bo się baliśmy, zresztą Franek nie chciał nas dalej wpuścić. Zeszliśmy tylko kawałek ze świecami, ale przejście było trudno dostępne – były tam jakieś gruzy i graty.
Obrazek

Do szkoły chodziliśmy na Pl. Św. Grzegorza. Jednym z naszych nauczycieli był niejaki Moser (?). To był szatan… Kiedyś pobił kijem mojego kolegę tak mocno, że ten nie mógł chodzić. Jednak później nauczyciel gorzko tego pożałował - kiedy na urlop ze wschodniego frontu przyjechał brat tego chłopaka… Moser, który mieszkał na Matejki (blisko Cyganów; jego dom został zbombardowany w 1945 r.) kazał nam nosić zeszyty, więc widzieliśmy całe zdarzenie. Nauczyciel zawsze szedł tą samą drogą: schodami na Wąskiej i przez park. Tam pod schodami, za stawkiem czekał już na niego brat pobitego kolegi (to był ostatni dzień jego urlopu). Kolbą go tłukł jak psa. Po tym wydarzeniu Moser już nie uczył, z czego bardzo się cieszyliśmy. :yahoo
Obrazek

Do parku przy „Mechaniku” Polacy nie mieli wstępu, nawet w jego stronę nie mogliśmy spojrzeć. Teren był cały ogrodzony, po środku była brama, a bliżej szkoły furtka.
Obrazek
http://www.dawnytczew.pl/forum/viewtopi ... 696#p12696" onclick="window.open(this.href);return false;

Awatar użytkownika

Autor Tematu
Opiekun forumJadzia
Moderator
Moderator
Pisarz Miejski
Pisarz Miejski
Reakcje:
Posty: 4057
Rejestracja: 30 sty 2011, o 20:23
Podziękował : 178 razy
Otrzymał podziękowań: 178 razy
Płeć:
Kontakt:

Re: Wspomnienia pana Henia eF ;)

#3

Post autor: Opiekun forumJadzia » 30 gru 2012, o 13:41

"WYZWOLENIE", czyli 1945 R.

W 1945 r. Niemcy wycięli cały środek parku, mniej więcej w tej części gdzie dzisiaj jest amfiteatr. Z góry (od Kołłątaja) na dół (pod przedszkole na Zielonej) wszystko było wycięte. Z drzew porobili barykady, zapory czołgowe. Na Ogrodowej natomiast zapory były zrobione z poprzewracanych maszyn z fabryki Muscatego. Przy tych wyrębach pracowali jeńcy z Arkony.
http://www.dawnytczew.pl/forum/viewtopi ... 8552#p8552" onclick="window.open(this.href);return false;

W lutym na stawku w parku był lód, po którym jeździliśmy na łyżwach. Pewnego dnia nadleciały rosyjskie samoloty - kukuruźniki z czerwonymi gwiazdami. Lecieli tak nisko, że kiwaliśmy do siebie. Piloci machali do nas swoimi czapkami. Raczej byli to „obserwatorzy”, bo wtedy żadnych bomb nie zrzucili.
Obrazek
http://www.dawnytczew.pl/forum/viewtopic.php?f=21&t=108" onclick="window.open(this.href);return false;

Do Tczewa przybywało dużo uchodźców. Przyjeżdżali furmankami, które tutaj zostawiali i dalej udawali się na pociąg. Zostawiali tutaj także część swojego dobytku, tego z czym do nas przybyli. Jedni ludzie nawet nam kozę dali, z której przynajmniej mięso mieliśmy. Konie też nam chcieli zostawić, ale co my byśmy z nimi zrobili? Nie mieliśmy gdzie ich trzymać. Wielu uciekających zmarło w drodze. Ich ciała przywożono do Tczewa i składowano w kapliczce ewangelickiej na 30-go Stycznia. Leżało tam bardzo dużo trupów: starcy, dzieci, kobiety. Później byli grzebani w masowych grobach. Do Tczewa przywożono także niemieckich żołnierzy, którzy polegli w walkach. Ich jednak chowano w osobnych mogiłach, nie z cywilami. Dopiero jak przyszedł front, żołnierze leżeli na polach i już tak nie dbano o ich pochówki. Tczewianie swoje rodziny starali się chować sami w osobnych grobach. Młodsza córka Prilla, Elżbieta, która zginęła podczas nalotów też została pochowana na ówczesnym cmentarzu ewangelickim tam, gdzie obecnie znajduje się Park Kopernika. Cybulski (mój kolega) zaprowadził nas tam i pokazał jej grób. Kto ją przeniósł na cmentarz katolicki tego nie wiem. Jak likwidowali cmentarz, to jej grób jeszcze stał.
Obrazek
http://www.dawnytczew.pl/forum/viewtopi ... 965#p30965" onclick="window.open(this.href);return false;

W lutym zbombardowany został cały środek Wąskiej, m.in. piekarnia Gembusza (na prezydium był punkt obserwacyjny, może próbowali w niego trafić?).
6 gol.jpg
Album J. Golickiego
6 gol.jpg (628.99 KiB) Przejrzano 384 razy
6 gol.jpg
Album J. Golickiego
6 gol.jpg (628.99 KiB) Przejrzano 384 razy
Niemka, która w czasie wojny przejęła piekarnię wyszła za mąż za niskiego faceta (piekarza),ona natomiast była bardzo wysoka (ok. 2 m). Ludzie śmieli się z tej pary, a ona zawsze mówiła: „On jest mały, bo wiele cały” :lol: U Gembusza zginęło wtedy dużo ludzi, schowali się w piwnicy. Kiedy bomba spadła na Kołłątaja przy gazomierzach, wszyscy uciekliśmy do piwnicy domu Prilla. Słychać tylko było: „Do piwnicy!!! Wszyscy do piwnicy!!!”. Zaraz po tym bomba uderzyła w nasz dom (stał w podwórzu). Całą noc przesiedzieliśmy schowani u „Prilusia”. Wszystko się trzęsło, a najgorszy był ten świst… Bomba zniszczyła całą ścianę naszego domu, a wybuch był tak silny, że drzwi od naszej szafy znaleźliśmy na podwórzu piekarni. Jedyną rzeczą, która została cała był stolik z dwiema szufladami, który ojciec kupił matce na urodziny, żeby miała miejsce na nici, igły i inne „rupiecie”. Leje po bombach były na terenach przy schodach na Wąskiej. Wówczas były tam ogródki, także tutaj bomby szkód w ludziach i domach nie narobiły. Zbombardowano także dwa domy na Ogrodowej, jeden z nich stał tam, gdzie dzisiaj jest pijalnia piwa. Oprócz tego pocisk artyleryjski trafił w kamienicę przy Słowackiego, zniszczył pół domu. Rosjanie często strzelali ślepo na miasto – dla strachu. Czy to nie będzie ten budynek z Krzycha zdjęcia? W sensie z ul. Słowackiego: :scratch
Obrazek
http://www.dawnytczew.pl/forum/viewtopi ... 109&t=1116" onclick="window.open(this.href);return false;

W czasie wojny schrony znajdowały się przed arkadami i przy kinie obok kasztana. Bomba uderzyła w bunkier przy kinie (biegł wzdłuż dzisiejszej cukierni), na szczęście nikogo w nim nie było. Wszyscy zebrali się w schronie przy arkadach. Oba schrony zasypali chyba w 1947 r. I tutaj pojawia się pewna sprzeczność: :scratch
http://www.dawnytczew.pl/forum/viewtopi ... 135#p31135" onclick="window.open(this.href);return false;

Po tym, jak nasz dom na Wąskiej został zbombardowany, nie mieliśmy gdzie mieszkać. Wówczas zamieszkaliśmy znowu na Targowej. Jednak w innym miejscu – na terenie dzisiejszych ogródków działkowych. Były tam domki jednorodzinne – pokój, kuchnia i przedsionek. Dzisiaj już żadnego z nich nie ma. Wcześniej, w jednym z tych domków mieszkała także rodzina mojego kolegi Cybulskiego, która u Prilla zajmowała lokal na samej górze domu (matka Cybulskiego pracowała w Arkonie). Cybulski po bombardowaniach przyszedł na Wąską i zobaczył w jakim stanie był nasz dom. Później pomagał nam przy przeprowadzce. Szliśmy razem Wąską do góry z tymi „klamotami”. Wózki z tym, co ocalało pchaliśmy i przenosiliśmy przez trupy – robiliśmy wszystko, żeby tylko się stamtąd wydostać. Przechodziliśmy wiaduktem na Wojska Polskiego, który wtedy był jeszcze czynny. Później, kiedy jeden „Rusek” przejechał po nim, to się zarwał – spadła ta część, po której wozy jeździły. Tylko za nim belki leciały. Ten wiadukt był prosty, miał żelazną konstrukcję a reszta była drewniana (w przeciwieństwie do tego prowadzącego do Strzelnicy – były to tylko betonowe chodniki).
W marcu, przed wejściem Rosjan, wojsk niemieckich w zasadzie już dużo nie było. W strzelnicy i koszarach były szpitale polowe, które opustoszały w noc, w którą „Ruscy” mieli wejść. Niemcy zostawiali swój dobytek. Ile mogli tyle ze sobą zabrali, resztę zostawili. To, czego nie zabrali w większości zostało rozkradzione przez Polaków, tak jak w 39 roku. Rejon Czatków był wówczas zalany, więc ludzie szabrowali domostwa podpływając łódkami.
Ludzie nie wiedzieli, czy się bać wejścia wojsk radzieckich, czy nie. Na pewno cieszyli się, że Niemców już nie będzie. Jednak okupant zdążył nas tak nastraszyć, że i „Rusków” się baliśmy. Opowiadali o mordach i gwałtach na Polakach, jakich dopuszczają się „wyzwoliciele”.

Awatar użytkownika

Autor Tematu
Opiekun forumJadzia
Moderator
Moderator
Pisarz Miejski
Pisarz Miejski
Reakcje:
Posty: 4057
Rejestracja: 30 sty 2011, o 20:23
Podziękował : 178 razy
Otrzymał podziękowań: 178 razy
Płeć:
Kontakt:

Re: Wspomnienia pana Henia eF ;)

#4

Post autor: Opiekun forumJadzia » 30 gru 2012, o 13:51

Pierwsi Rosjanie, którzy weszli do miasta byli w porządku, nie robili nic złego. Zresztą długo w Tczewie nie byli. Szli dalej na Gdańsk. W nocy do naszego domu (wówczas mieszkaliśmy przy strzelnicy) przyszło 12 lub 14 żołnierzy. Ci nadeszli od strony terenów wojskowych, cmentarza na Rokitkach i kierowali się w stronę centrum miasta (inni z tego co wiem przyszli także od strony Nowego Dworu, bo Malbork został wcześniej „zdobyty”). Tamta noc była zimna i padał śnieg. Rosjanie ubrani byli w peleryny zawiązane pod szyją, byli tak opatuleni, że nie widzieliśmy początkowo ich twarzy. Mama z siostrą ugotowały im kawę. Pytali, gdzie jeszcze w mieście są Niemcy. Matka po informacje skierowała ich do innego domu, tego gdzie mieszkały dwie Rosjanki. Te kobiety pracowały w Arkonie, jednak po bombardowaniach nie miały gdzie mieszkać. Matka Cybulskiego ulitowała się nad nimi i załatwiła im mieszkanie na Targowej. Mówiła do nich: „Jak przyjdą ci wasi, to będzieta w domu”. Zresztą, gdyby ich Niemcy dorwali bez dokumentów, to by było po nich.

Na drugi dzień szliśmy do miasta i widzieliśmy zabitych niemieckich żołnierzy. Jeden leżał na „Targówku” tam, gdzie dzisiaj jest rynek. Wówczas tamten teren był skarpą. Za wiaduktem, gdzie dzisiaj stoją budynki byłego pogotowia leżało dwóch. Kolejny żołnierz leżał na Słowackiego, bliżej ul. Kościuszki. Następny na ul. Bałdowskiej, przy działkach ogrodniczych. Jego pochowali później w tym miejscu, gdzie leżał. Jednak zrobiono to dosyć niedbałe. Kiedy ziemia odtajała pokazały się jego buty. Żołnierz z Targowej i ten z Bałdowskiej ubrani byli w granatowe mundury. Po południu każdy z tych trupów nie miał palca – „Ruscy” je poobcinali, żeby zabrać pierścionki; zegarki także pokradli. :o Tych czynów dopuszczała się hołota, czyli ci, którzy przyszli za dowództwem. Powiedziano im, że tutaj wszystko jest niemieckie i się zaczęło… Jakie niemieckie? Przecież tu korytarz był…
http://www.dawnytczew.pl/forum/viewtopic.php?f=31&t=111" onclick="window.open(this.href);return false;

Rosjanie najpierw podpalili szpital na Ściegiennego. Następnie podpalili młyn parowy, a naprzeciwko spalił się dom i restauracja. Spłonęła także kasa chorych. Kiedy spłonął młyn ludzie chodzili tam jeszcze i wybierali zboże. Co spalone to odgarniali i zboże na kawę brali. Po co to Rosjanie spalili? Przecież nikt tego już nie bronił.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Ludzie opowiadali tragiczną historię z ul. Gdańskiej. Naprzeciwko kościoła stoi narożny dom (sklep gospodarstwa domowego), tam gonili kobietę. Wyskoczyła z drugiego piętra… :nea
Na Westerplatte, gdzie niedługo po wojnie zamieszkaliśmy, też miała miejsce podobna sytuacja. Jednak z zupełnie innym skutkiem… W jednym z domów mieszkała rodzina L., w której były trzy siostry (jedna z nich później pracowała w piekarni na Chopina, a ich rodzice przeprowadzili się do Lisewa). W budynku były dwa wejścia: od ulicy i od podwórza. Wpadli tam „Ruscy” i zaczęli gonić te dziewczyny, które przerażone krzyczały: „Jezu! Jezu!”. Biegali tak od głównego wejścia, dookoła domu, tylnym wejściem i przez klatkę. I tak w kółko. My, młodzi chłopacy, siedzieliśmy sobie na płocie i przyglądaliśmy się temu (wśród nas był też jeden z braci dziewczyn) :oops: Zastanawialiśmy się, kiedy oni je złapią. Całe zdarzenie trwało tak długo, aż na ulicę wjechało na koniach dwóch panów z NKWD. Wyciągnęli tetetki i „paf, paf”… Zastrzelili ich bez zająknięcia i pojechali dalej. Jeszcze przez ten korytarz końmi przejechali. NKWD robiło porządek, ci zwykli żołnierze bali się ich niesamowicie. Przecież tamci, którzy gonili te dziewczyny, na plecach mieli automaty – ani przez chwilę nie myśleli, żeby ich użyć. Ci żołnierze na sam widok NKWD trzęśli się ze strachu, bali się ich jak ognia.
7.jpg
Foto poglądowe
7.jpg (34.76 KiB) Przejrzano 381 razy
7.jpg
Foto poglądowe
7.jpg (34.76 KiB) Przejrzano 381 razy
Kilku Rosjan (w tym tych dwóch, którzy gonili dziewczyny na Westerplatte) pochowano zaraz za dzisiejszym sanepidem – na jego terenie. W sumie było tam chyba 7 grobów. W związku z tym, że mieszkaliśmy na Westerplatte, to widzieliśmy te pochówki. Po jednym z pogrzebów mój do dzisiaj żyjący kolega ma „pamiątkę”. Otóż w czasie tych pochówków obecna była kompania honorowa, stali z tyłu, twarzami do szkoły. Jeden z żołnierzy stojący w drugim szeregu chyba nie miał zabezpieczonej broni i wystrzeliła - a ślepakami nie strzelali. Pierwszy dostał „Rusek” – przez rękę. Później mój kolega w głowę (okolice podbródka), dalej jakaś kobieta przez ucho i przechodzień w plecy. Zydze, mojemu koledze, ucho całe się zakrwawiło i zaczął krzyczeć: „Moje ucho! Moje ucho! Moje ucho!”. „Ruskowi” natychmiast zabrali broń, a Zygę do szpitala zawieźli. Po tym zdarzeniu Rosjanie przez jakiś czas dbali o rodzinę tego chłopaka, nawet jakiś prowiant im dali. Zyga do dzisiaj chodzi z pamiątką po tamtym zdarzeniu – ma zdeformowaną szczękę. Na jego miejscu mógł być mój brat lub ja, ponieważ wcześniej stała tam jakaś kobieta. Kiedy odeszła chcieliśmy stanąć w miejscu po niej, jednak Zyga nas wyprzedził i to jego spotkało nieszczęście. Wokół każdego grobu zrobili płotki, żeby nikt po nich nie chodził. Kiedy stworzono zbiorową mogiłę na 30-go Stycznia, tych zza Sanepidu ekshumowano i przeniesiono w nowe miejsce.
Obrazek
Obrazek

PO WOJNIE

Zaraz po wojnie w Tczewie było dużo restauracji, jednak jak zaczęła się komuna, to je polikwidowali. Zresztą tak, jak i wszystko, co było prywatne. Dziwię się tylko, że nie zlikwidowali „Muszelka” – sklep obok Fary. Wszystko zrobili państwowe, tylko oni się utrzymali…
Kościół „szkolny”, który za czasów wojny należał do ewangelików, został poświęcony i wrócił do rąk katolickich.
Po wojnie uczyłem się w kilku budynkach. Przerzucali nas z miejsca w miejsce. Szkoła Morska, Plac Św. Grzegorza, „Kembrydż”, Westerplatte… W czasie wojny w szkole uczyliśmy się niemieckiego, także z polskim nie było nam łatwo. Kto mógł, tan się uczył w domu. Mnie języka uczyła starsza siostra.

Awatar użytkownika

Autor Tematu
Opiekun forumJadzia
Moderator
Moderator
Pisarz Miejski
Pisarz Miejski
Reakcje:
Posty: 4057
Rejestracja: 30 sty 2011, o 20:23
Podziękował : 178 razy
Otrzymał podziękowań: 178 razy
Płeć:
Kontakt:

Re: Wspomnienia pana Henia eF ;)

#5

Post autor: Opiekun forumJadzia » 30 gru 2012, o 14:06

MASONI :evil2

http://www.dawnytczew.pl/forum/viewtopic.php?f=27&t=246" onclick="window.open(this.href);return false;
Z opowieści rodziców i dziadków, którzy mieszkali w Bałdowie…
W Bałdowie przed wojną mieszkali bogaci gospodarze: Burynt (?), Arendt, Claassen, Jagielski, Zehm. Część z nich była masonami (Arendt, Claassen i Zehm na pewno). Ludzie mówili, że oni „narabiali z diabłem” :scared2 Nieraz miały miejsce sytuacje, w których mason opuszczał swój majątek z kuczerem, a chłopcy szli „poczęstować się” jabłkami do jego majątku. Jakież było ich zdziwienie, gdy widzieli jego postać palącą cygaro.

Mój dziadek pracował w warsztacie u Claassen’a (?) jako kołodziej. Wiele razy pracował do wieczora. Widział, jak gospodarz opuszczał bryczką majątek, a po chwili stał przed domem i cygaro palił…

Starsi ludzie, kiedy widzieli postać masona już się nie bali tak jak młodsi. Wiedzieli, że jest to tylko jakby duch tej osoby, a ciało jest gdzie indziej. Przechodzili obok niego, a on nic im nie robił. Natomiast młodzi na widok tego ducha uciekali przestraszeni. Jednak nie zmieniało to faktu, że „pan” zawsze o wszystkim wiedział.

Z opowieści brata…
Na Westerplatte w loży masońskiej w czasie wojny robiono lornetki. Był to rodzaj filii „Gazomierzy” (Arkona). Mój ojciec przed i po wojnie pracował w kasie chorych. Dostaliśmy więc (po „wyzwoleniu”) mieszkanie na ul. Westerplatte tam, gdzie dzisiaj na parterze są gabinety lekarskie, a na piętrze mieszkania. Kiedyś tam Koszmider mieszkał (w tym budynku kiedyś rozpisywano leki, ale nie była to apteka). Pewnej soboty (wiosna 1945 r.) na tyfus zmarła moja trzyletnia siostra (może od brudnej wody? wówczas na tą chorobę lekarstw nie było). Do naszego domu przyszły dziewczyny (około 15 lat), które miały ciało siostry na cmentarz zanieść. A w związku z tym, że na Westerplatte w 1945 r. w jednym z budynków była siedziba komendantury, na ulicy zapanował spokój i miało być na niej czysto. Tego dnia przyszło do matki dwóch „Ruskich”, którzy chcieli, żeby te dziewczyny przyszły posprzątać ulicę. Powiedzieli mamie, że mieszkają w pokoju na paterze budynku LOKu. Matka uprzedziła ich, że tam podobno straszy, na co starszy Rosjanin powiedział, że już coś tam się działo. Wtedy poprosili, żeby mój brat poszedł tam z nimi spać, a on z ciekawości zgodził się i poszedł… Na drugi dzień opowiedział nam co przeżył tej nocy. Otóż na parterze w korytarzyku stały jeszcze skrzynie po lornetkach, które w czasie wojny tam robili. Były one ustawione tzw. sztaplami. Rosjanie i brat spali w pierwszym pokoju po prawej stronie. Brat mówił, że w nocy był taki hałas za drzwiami, jakby te skrzynie po korytarzu jeździły i się zbijały, spadały na dół i tak od początku. Starszy Rosjanin kazał być cicho, to hałasy się skończą. Młodszy chciał strzelać w drzwi. Brat, kiedy wrócił do domu powiedział: „Mamo, ja już tam nie idę do Rusków spać, choćby nie wiem co!” :nea
O tym, że tam straszy słyszałem także długo po wojnie. Wtedy w tym budynku mieścił się LOK.

DR ALOJZY REDIGER

http://www.dawnytczew.pl/forum/viewtopi ... 109&t=1191" onclick="window.open(this.href);return false;
Rediger mieszkał na Westerplatte, przy poczcie. W Tczewie urzędował przed i po wojnie. W związku z tym, że nie mógł mieć dzieci zaproponował ojcu (tata pracował w szpitalu), żeby oddał mnie do adopcji. Ani ojciec, ani matka nie chcieli się na to zgodzić. Doktor mieszkał później w Gdyni razem z adoptowanym synem. Tata mówił mi, że lekarz „nie był z niego zadowolony”.
Rediger był dobrym lekarzem. Kiedy mój ojciec spadł z drabiny złamał sobie żebro i rękę (miałem wtedy 18 lat - 1951 r.). Początkowo opiekował się nim inny lekarz, jednak ten źle mu kości poskładał. Dr Rediger powiedział: „Michał, rękę to idź do partacza - niech ci naprawi. Ale żebra, żebyś się nie wykręcił i nie poszedł na drugą stronę, to ci naprawię. Od ręki nie umrzesz”. Ostatecznie żebro miał „naprawione”, ale z ręką miał problemy do końca życia. :crutch

PARK KOPERNIKA, czyli CMENTARZE EWANGELICKI I ŻYDOWSKIE

http://www.dawnytczew.pl/forum/viewtopic.php?f=26&t=488" onclick="window.open(this.href);return false;
http://www.dawnytczew.pl/forum/viewtopi ... 5890#p5890" onclick="window.open(this.href);return false;
W Parku Kopernika przy cmentarzu znajdował się majątek. Ten czerwony dom z wnęką parkingową na Wojska Polskiego należał do właścicielki tego gospodarstwa. To był jej dom mieszkalny, kobieta nazywała się Zabel. W pobliżu tego czerwonego domu, w rogu, miała ogródek z drzewami owocowymi. Jej pracownicy mieszkali w małym domku za wiaduktem na Wojska Polskiego, gdzie zjeżdża się na parking.
Za tym wysokim budynkiem przy CPN stała obora (w kierunku cmentarza) i stodoła. Granica majątku biegła mniej więcej przy pomniku (dla Powstańców Warszawskich). Teren, na którym stoi pomnik Solidarności i fontanna także należał do gospodarstwa. Za komuny na terenie tego majątku GS-y miały swoją składnicę.

Na cmentarzu katolickim obszar za pomnikiem pomordowanych obywateli Tczewa i powiatu należał do ewangelików. Po wojnie likwidowano tamtejsze groby i chowano kolejnych ludzi - katolików. Trumny (zazwyczaj dębowe) ludzie brali na opał do domu. Za pogotowiem było puste pole. Grobowce tych bogatych mieszkańców stały z przodu cmentarza – od arkad, wzdłuż przystanku, do kaplicy ewangelickiej. Te stare grobowce były piękne, często miały murowane kapliczki. Chyba największy z nich stał za kaplicą cmentarną, w dół. Franek nam go kiedyś otworzył, było tam kilka trumien. Jednak nie pamiętam kto był tam pochowany. Cmentarz podzielony był na sektory. Po wojnie ten teren był strasznie zaniedbany, zarośnięty krzakami. Przecież nie miał kto tymi grobami się zajmować. No i młodzi urządzali sobie na nim pomiędzy grobami SCHADZKI :whistle Ewangelicki był likwidowany stopniowo. Najpierw przyłączono część terenu do cmentarza katolickiego, który następnie ogrodzono. Później wybudowano pogotowie. Kolejną część terenu zlikwidowano przy budowie drogi przed Urzędem Miasta (rondo).

http://www.dawnytczew.pl/forum/viewtopic.php?f=26&t=432" onclick="window.open(this.href);return false;
Żydzi chowani byli na terenie byłego pogotowia, do dzisiaj jest tam zachowana aleja drzew. Splantowany został w czasie budowy pogotowia. Kiedyś po wojnie, mniej więcej w miejscu gdzie dzisiaj jest CPN rozstawiała się karuzela. Gość, który był za to odpowiedzialny wbijając pal w ziemię zażartował: „I ciach Żydkowi w łeb!” :facepalm Na cmentarzu w Bałdowie jeszcze po wojnie było sporo nagrobków. Do budowy pobliskiego zakładu podbierali stamtąd ziemię i górka się lekko obsunęła. Kiedyś po wojnie poszedłem tam na spacer, groby były rozkopane, a pomniki poprzewracane.

STARY DWORZEC, MOST I WIEŻYCZKI

http://www.dawnytczew.pl/forum/viewtopic.php?f=29&t=37" onclick="window.open(this.href);return false;
http://www.dawnytczew.pl/forum/viewtopi ... 109&t=1360" onclick="window.open(this.href);return false;
Główny budynek starego dworca był ładny, przestronny i jasny. O tym, czy miał lustra trudno mi powiedzieć. Tam, gdzie były szklenia była poczekalnia. Dworzec bardziej kojarzę z czasów okupacji. W 1939 r. Niemcy zbombardowali jego tylną część, która nie została odbudowana. Jednak budynek nadal funkcjonował. Po obu stronach dworca perony były zadaszone. Od strony drożdżowni były dwa perony. Na pierwszy (przy budynku) wchodziło się bezpośrednio z dworca. Natomiast na drugi (bliżej ul. Za Dworcem) wchodziło się przez tunel i schodami na górę. Pamiętam te schody i żółte kafelki z dekoracją w górnej części (ciemniejszy kolor), którymi przejście było wyłożone. Od strony bydgoskiej był jeden peron. Dopiero w 1945 r. Rosjanie spalili całkowicie budynek. Sam dworzec nadal był czynny. Wówczas bagaże składowane były w tym małym budynku.
Obrazek

Po prawej stronie, w żółtym budynku, była poczta. Następny, to hala sportowa, w której odbywały się zabawy – jednak co tam było przed wojną nie pamiętam.
Obrazek

W czasie wojny z tego dworca jeździliśmy do Starogardu Gdańskiego i do Malborka – na kaszankę. My, mali chłopacy (mieliśmy po 7 lat – 1940 r.) uwielbialiśmy ją. W Malborku, tak jak na Długiej w Gdańsku, były w piwnicach tzw. ratskeller, w których smażyli kaszanki. Ci, co najsłabiej mówili po niemiecku, mieli być cicho. Rozmawiali najstarsi, gdyż najlepiej znali niemiecki. Inaczej przegoniliby nas stamtąd – Polaków.
Obrazek
Foto poglądowe z forum Dawny Gdańsk
8.jpg
Foto poglądowe
8.jpg (177.4 KiB) Przejrzano 375 razy
8.jpg
Foto poglądowe
8.jpg (177.4 KiB) Przejrzano 375 razy
Po wojnie tylko most kolejowy był czynny. Można było nim przejeżdżać i przechodzić. Przejście pomiędzy mostami było drewniane. Wieżyczki mostowe zniszczyli Rosjanie! Po wojnie stały wszystkie (8). Tę pierwszą parę wieżyczek zniszczyli, żeby zrobić przejście między mostami, ale dlaczego zniszczyli kolejną parę?! :ireful One były w takim stanie, jak te, które istnieją do dzisiaj. Te najdalsze były mocno zniszczone. Jedna była pęknięta u góry – tam Niemcy ostrzeliwali Polaków w 1939 r., tam nasi się bronili. Kiedy Polacy się wycofywali, to w tej wieżyczce został żołnierz. Czy w niej zginął? Czy z niej wyskoczył? Nie wiem, różne wersje ludzie sobie przekazywali. Wiem, że Niemców wtedy najwięcej zginęło w Czatkowach. W kwestii tej pierwszej pary wieżyczek: one po prostu zniknęły. Cegły tylko po nich zostały, leżały na dole. Później cała pozostała część spadła – z góry na dół. Cegły na odbudowę Warszawy nie zostały przeznaczone, one miały na sobie pełno cementu. Zresztą, to gruzowisko leżało tam przez długi czas. Później kolejne dwie wieżyczki zniszczyli. Wszystko co sprzed wojny chcieli zniszczyć, żeby „z kości nic nie zostało”, bo to niemieckie. Cegły z dworca posłużyły jako budulec na osiedlu kolejowym.
http://www.dawnytczew.pl/forum/viewtopic.php?f=57&t=581" onclick="window.open(this.href);return false;
http://www.dawnytczew.pl/forum/viewtopic.php?f=57&t=893" onclick="window.open(this.href);return false;


Finito wspomnień pana Henia, dzięki za uwagę :hi

Awatar użytkownika

zet48
Pisarz Miejski
Pisarz Miejski
Reakcje:
Posty: 4415
Rejestracja: 30 sty 2011, o 19:05
Lokalizacja: Tczew / Gdańsk
Otrzymał podziękowań: 8 razy
Kontakt:

Re: Wspomnienia pana Henia eF ;)

#6

Post autor: zet48 » 30 gru 2012, o 14:40

W szoku jestem że na podwórzu domu przy Wąskiej 8 stał jeszcze jeden dom ...chyba że źle coś przeczytałem.
Może chodzi tu a "plombę" w miejscy dawnej bramy na podwórze ...do lat 90-tych były tam dwa mieszkania, obecnie jest tam jedno dwupoziomowe.
"Od dziś dzień , do końca świata w ludzkiej będziem pamięci, My wybrani - Kompania Braci, Kto dziś wespół ze mną krew przeleje ten mi Bratem"


Wałasz
Przybysz
Przybysz
Reakcje:
Posty: 20
Rejestracja: 15 lis 2012, o 08:51
Otrzymał podziękowań: 1 raz
Kontakt:

Re: Wspomnienia pana Henia eF ;)

#7

Post autor: Wałasz » 3 sty 2013, o 18:55

Jadzia pisze:
MASONI :evil2

Z opowieści brata…
Na Westerplatte w loży masońskiej w czasie wojny robiono lornetki.(...) Otóż na parterze w korytarzyku stały jeszcze skrzynie po lornetkach, które w czasie wojny tam robili. Były one ustawione tzw. sztaplami. Rosjanie i brat spali w pierwszym pokoju po prawej stronie. Brat mówił, że w nocy był taki hałas za drzwiami, jakby te skrzynie po korytarzu jeździły i się zbijały, spadały na dół i tak od początku. Starszy Rosjanin kazał być cicho, to hałasy się skończą. Młodszy chciał strzelać w drzwi. Brat, kiedy wrócił do domu powiedział: „Mamo, ja już tam nie idę do Rusków spać, choćby nie wiem co!” :nea
O tym, że tam straszy słyszałem także długo po wojnie. Wtedy w tym budynku mieścił się LOK.
Też słyszałem historię o lornetkach, aczkolwiek bez tego elementu "nadprzyrodzonego". :lol:

W artykułach o masonach z różnych przyczyn nie pojawił się wątek poświęcenia przez jednego z tczewskich proboszczów mieszkania w budynku polożowym, do którego wprowadziła się w latach 70. pewna rodzina (LOK nie zajmował całości posesji, od frontu na parterze było tam prywatne mieszkanie jeszcze do niedawna). Jak wyjawił nieżyjący już lokator - "straszyło nas tam, ale po poświęceniu straszyć przestało". 8-)

A opowiastki z Bałdowa - niczym się nie różnią od innych legend. Ech, te freimaury... :)

ODPOWIEDZ